31/10/2010

(371) Lalu Koncewicz, broda i miłość

Korci mnie, żeby napisać coś w stylu: "Dzieciństwo nie może być pełne bez Niziurskiego". Ale listopad za pasem, nie chcę nikogo dodatkowo dołować. Stwierdzę więc po prostu, że jeśli nie czytałeś(aś) Niziurskiego "wtedy", to teraz z definicji nie możesz do niego wrócić. A wracanie do szkolnych opowieści kieleckiego autora sprawia niewysłowioną przyjemność.

Wydany przez Akapit Press w 2001 r. Lalu Koncewicz, broda i miłość to nowa edycja ośmiu starych opowiadań. Najważniejszym z nich jest oczywiście tytułowe, które razem z Białą Nogą i chłopakiem z Targówka oraz Nikodemem, czyli tajemnicą Gabinetu stanowi czołówkę wśród krótkich form Niziurskiego. Lalu... to historia niełatwego życia w szkole koedukacyjnej ("Koedukacja, proszę was, to rzecz męcząca."), które dodatkowo komplikuje pojawienie się w klasie "nowego" posiadającego denerwujący talent błyskawicznego zmiękczania dziewczęcych serc. Nie obejdzie się ani bez obrad pedagogicznych, których przedmiotem jest broda ucznia Koncewicza, ani bez emocjonującej sceny "golenia typa" na poddaszu podejrzanej kamienicy.

Wielka szkoda, że w zbiorze Akapitu nie znalazło się miejsce dla Białej Nogi i Nikodema. Zastępują je dwa opowiadania kolonijne (Wielka heca i Trzynasty występek), króciutkie Czy będziesz moim tatą?, harcersko-detektywistyczny Fałszywy trop, niekłajski Spisek słabych, Ta zdradziecka Julita Wynos z Tomkiem Żabnym oraz zamykający zbiorek melancholijny i przenikliwy Równy chłopak i Rezus.

Nie kryję, że do twórczości Niziurskiego mam silny stosunek emocjonalny, jako że w podstawówkowych czasach czytałem go na okrągło. Sentyment zrobił swoje — w trakcie lektury zbiorku największą frajdę sprawiały mi teksty, które już znałem. Pozostałe cztery wydały się średnie, jeśli nie słabe. Chciałbym jednak stanowczo sprzeciwić się poglądowi, jakoby proza Niziurskiego miała się "starzeć". Nic podobnego. Opowiadania i powieści kawalera Orderu Uśmiechu są wręcz aczasowe, gdyż autor poświęcał zawsze minimalną ilość miejsca opisom tła, skupiając się na szkolnych układach, klasowych sytuacjach i uczniowskich problemach. Jasne, nie ma tu ajfonów i Neostrady, są za to wzmianki o jedenastoletniej szkole koedukacyjnej i mieszkaniu zagęszczonym profesora Rzezińskiego. Mimo tego anachroniczność jest niemalże niewidoczna. Nie da się też narzekać na wolne tempo, ponieważ fabuła wartko zasuwa naprzód niesiona dynamicznymi, nierzadko odrobinę surrealistycznymi dialogami (z charakterystycznym dla Niziurskiego efektem "chóru greckiego").

A może jednak jestem naiwny? Może w epoce zakładania nauczycielom koszy na śmieci na głowy i kultu Tibii szkoła Niziurskiego jest już tylko śmiesznym przeżytkiem?

★★★☆☆☆



__________
Stosunkowo niska ocena spowodowana jest uśrednieniem ocen cząstkowych. Jako że opowiadań jest tylko osiem, dwa słabe (Czy będziesz moim tatą? i Fałszywy trop) mocno zaniżają notę końcową.

24/10/2010

(368) An Introduction to Contemporary Epistemology

Słownikowa definicja głosi, że epistemologia vel teoria poznania to "dział filozofii traktujący o przedmiocie, treści, procesach, sposobach, granicach i kryteriach ludzkiego poznania". Brzmi to tyleż mądrze, co ogólnie. Gdzie na przykład biegnie granica pomiędzy epistemologią a psychologią? Jak odróżnić zmagania teoriopoznawcze od dociekań typowych dla nauk kognitywnych? Można tu powoływać się na kryteria metodologiczne, można też po prostu przyjąć — i wiele w tym będzie słuszności — że linie demarkacyjne są nieostre. Ale można także uprościć definicję, tak jak czyni to Jonathan Dancy w drugim zdaniu Wprowadzenia do współczesnej epistemologii: Epistemologia to studium wiedzy (w najbardziej ogólnym tego słowa znaczeniu) i studium usprawiedliwiania przekonań.

17/10/2010

(173) Wiedźmin z Wielkiego Kijowa

Nie lubię takich sytuacji. Na szczęście zdarzają się bardzo rzadko. Czytam oto książkę, wydaje mi się świetna. Odstawiam ją na honorową półkę. Wracam do niej po latach i... zonk. Owszem, pewne elementy nadal wydają się warte pochwalenia, ale summa summarum lektura sprawia wrażenie średniej, jeśli nie kiepskiej. I co począć z tym fantem? Uznać, że pomyliłem się wtedy, bo byłem nieopierzonym czytelnikiem? A może właśnie teraz podchodzę do książki zbyt surowo? A może powinienem odczekać następnych pięć lat, przeczytać po raz trzeci i wydać ostateczny werdykt?

Przedmiot czytelniczo-sędziowskiej rozterki nosi tytuł Wiedźmin z Wielkiego Kijowa i wyszedł spod pióra Władimira Wasiljewa. Zbieżność tytułów bynajmniej nie jest przypadkowa. Rosyjski pisarz nie ukrywał, że zainspirowała go postać nadwiślańskiego wiedźmina, a sam Sapkowski udzielił rzekomo błogosławieństwa koledze zza Buga. Wspólnym mianownikiem obu fabuł jest jednak tylko profesja i imię głównych bohaterów. Wiedźmin Wasiljewa również nazywa się Geralt i również trudni się zabijaniem potworów za pieniądze (tudzież inne dobra). Od rivskiego pierwowzoru różni go natomiast charakter, natura obiektów fachowego zainteresowania oraz świat przedstawiony.

Wiedźmin z Wielkiego Kijowa współczucie i sympatię okazuje dużo rzadziej niż Geralt Sapkowskiego, który, jak wiadomo, na zimnego drania tylko się zgrywał, a tak naprawdę serce miał miękkie. Wiedźmin z Wielkiego Kijowa nie poluje na potwory organiczne, lecz na maszyny — ożywione, zbuntowane, krwiożercze. Wiedźminowi z Wielkiego Kijowa przyszło bowiem żyć nie pomiędzy Smoczymi Górami a Nilfgaardem, lecz w magiczno-industrialnym (ale nie steampunkowym!) świecie z domieszką post-apo. Właśnie świat stanowi o największej sile opowiadań Wasiljewa. Wiele osób pewnie by się ze mną nie zgodziło; nie ulega wątpliwości, że pisarz opisał swoje uniwersum bardzo zgrzebnie. Jednakże owe skrawki da się, przy odrobinie wysiłku, zszyć w przemawiającą do wyobraźni krainę przyszłości. Przyszłości, w której między miastami-państwami rozciągają się nieprzyjazne pustkowia. Przyszłości, w której z ludzkimi osiedlami sąsiadują wielkie, wyludnione parki, niezbadane kompleksy garażowe i gigantyczne, opustoszałe tereny fabryczne. Przyszłości, w której wszystkie (?) maszyny posiadają ograniczoną inteligencję, samoświadomość i wolę, ale nie wszystkie są gotowe podporządkować się ludziom (i innym humanoidalnym rasom).

Brzmi to fascynująco, ale podkreślam, że Wasiljew niczego nam nie ułatwia, że wiele rzeczy czytelnik musi dopowiadać i rekonstruować sobie sam. Poza tym poszczególne opowiadania, choć oparte na całkiem dobrych pomysłach, są fabularnie rozwleczone. W wielu miejscach szwankuje także styl, aczkolwiek niektóre sformułowania Wasiljewa są nadzwyczaj plastyczne ("Różowy blask światła padał na zalegający wszędzie pył i wydawało się, że nie jest to kurz i błoto, a zwiędłe i opadłe jak jesienne liście marzenia mieszkańców Terytorium o lepszym życiu. Krasnoludzkie buciory wiedźmina odbijały na tych marzeniach pieczęcie protektorów.").

Więc jaki jest w końcu ten wiedźmin Wasiljewa? Wielki? Czy tylko kijowy? Nad opinię Borysa-2005 przedłożę chyba opinię Borysa-2010 i będę skłaniał się niestety ku drugiej opcji. Jednak w kategoriach "inspirujący setting" oraz "oryginalne nawiązanie do 'Sagi o wiedźminie' Sapkowskiego" Wiedźminowi z Wielkiego Kijowa należy się z pewnością dodatkowa gwiazdka.

★★★☆☆☆

10/10/2010

(369) Doktor Żywago

Nigdy nie czytałem żadnej książki równie długo co Doktora Żywago. Zacząłem w styczniu, skończyłem w sierpniu, przeplatając lekturę innymi tytułami. I to wcale nie dlatego, by móc się powieścią Pasternaka jak najdłużej nacieszyć. Wprost przeciwnie: W pewnym momencie lektura zaczęła przypominać zesłanie na Sybir.

Pozwolę sobie postawić pewną tezę: Komuniści prześladowali autora nie za antysowieckie poglądy, ale za napisanie przeraźliwie nudnej powieści. Znawcy poślą mnie do stu Stalinów, zakrzykną zgodnym chórem, że Doktor Żywago nie ma prawa być nudny, że to powieść-rzeka rozgrywająca się na przestrzeni trzech pierwszych dekad XX wieku; że mój imiennik z rozmachem ukazał tu, poprzez pryzmat powikłanych losów bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, dzieje wielkich przemian ustrojowych w Rosji; że bezpardonowej krytyce poddany został totalitarny system; że tragedię komunizmu opromienia we wzruszający sposób nieszczęśliwa miłość doktora Jurija Żywagi i Larissy Antipowej.

Tyle tylko, że:

Po pierwyje, powieści-rzece przydałaby się fabuła-rzeka, taka meandrująca, raz to przyspieszająca, raz zwalniająca swój bieg, z różnorodnymi krajobrazami rozpościerającymi się po obu brzegach, z niespodziewanymi wodospadami, wąwozami i zakolami. Doktor Żywago swoim tempem przypomina natomiast rozpisany na przeszło sześćset stron wstęp do powieści właściwej.

Po wtaroje, losy bohaterów są niemiłosiernie rozmemłane. Używam tu tego określenia w technicznym znaczeniu: doktor Żywago wędruje sobie z miejsca na miejsce i przeżywa mało wzruszające dramaty życiowe, pozostałe postacie są mu nieciekawym tłem, a wszystko rozgrywa się w nudnie oddanych realiach historycznych. Jasne, można by rzec, że Pasternakowi chodziło o pokazanie, jak to losy jednostek wirują niczym puch marny w podmuchach Historii. A Historia powinna być przede wszystkim sroga i nieubłagana, fascynująca już być nie musi! Dobra, dobra. Odsyłam do powyższego punktu. Zresztą, Doktor Żywago to powieść, beletrystyka, literatura piękna. Noblesse oblige. Skoro pierwsza lepsza książka historyczna ciekawiej opowiadałaby o tamtym okresie dziejów Matki Rusi, coś nie tak być musi.

Po tretie, krytyka totalitarnego systemu polega u Pasternaka na tym, że Jurij Żywago od czasu do czasu przystaje i wygłasza wewnętrzne lub werbalne monologi potępiające nowy porządek. Monologi, zaznaczmy, w których retoryczną werwę zastąpiła ziewogenna zaduma. Zdarza się też, że dwóch bohaterów wymienia się poglądami na tematy historyczno-polityczne. Dialogi zstępują wtedy w tak niewyobrażalną sztuczność, że z miejsca należałoby nagrodzić je Złotą Maliną. Jeżeli wszyscy dysydenci potępiali komunizm z pasternakową erudycją, nic dziwnego, że świat musiał czekać aż do Gorbaczowa na upadek systemu.

Po czwiortyje, słynny romans Żywagi z Antipową to kpina z romansu. Wątek miłosny nie budzi w czytelniku żadnych emocji. Wielkiemu uczucia doktora do Lary sprawiedliwość oddała dopiero ekranizacja Davida Leana. Omar Sharif i Julie Christie dawali radę, ich papierowe pierwowzory są tylko papierowe.

Czy w Doktorze Żywagi idzie znaleźć jakieś zalety? Tak. Jedną. Opisy przyrody. Zwięzłe, ale trafiające do wyobraźni ślicznymi, żywymi metaforami. Widać, że Pasternak był przede wszystkim poetą.

Widać, że poeci nie powinni pisać powieści historycznych.

★★☆☆☆☆

03/10/2010

(365) De anima

Ekwiwokacja zagraża znaczeniu na każdym kroku. Należy o tym pamiętać sięgając po jeden z najważniejszych arystotelesowskich traktatów, De anima. Polskie i angielskie tłumaczenia tytułu — O duszy, On the Soul — przywołują na myśl szereg konkretnych, aczkolwiek całkowicie niewłaściwych skojarzeń: dusza chrześcijańska, ucieleśniony duch, kartezjańska res cogita. Tymczasem Arystoteles odcinał się przecież od nauk swojego nauczyciela, nie rozwijał platońskiej teorii o nieśmiertelnej duszy uwięzionej w ciele i pragnącej wyrwać się do świata idei. Jego "anima" to nie "dusza" pojmowana jako odrębny twór ontologiczny, ale "siła życiowa", "zasada życia"; entelechiczna próba zrozumienia zjawiska życia przy pomocy metafizyki formy i materii.

Czym więc jest dusza według Arystotelesa? Proste: To pierwsza aktualność naturalnego ciała, które jest potencjalnie żywe. W tym pojedynczym, niewinnym zdaniu znajdziemy nie tylko fundament arystotelesowskiej teorii, która bardzo sprawnie (jak na swoje czasy) wyjaśniała w spójny sposób charakterystyczne cechy organizmów żywych, ale także zalążek nowoczesnych nauk biologicznych i psychologicznych. Arystoteles może i nie wiedział nic o genetycznych mechanizmach dziedziczenia i o neurologicznych detalach procesów kognitywnych, ale to on jako pierwszy wziął się systematycznie za bary z zagadnieniami fizjologii, począwszy od odżywiania się i wzrostu, poprzez ruch i percepcję, a na myśleniu skończywszy. Poszczególne nieintelektualne funkcje zostały wnikliwie opisane w drugiej księdze, którą otwiera słynna definicja. W pierwszej księdze filozof dokonał natomiast krytycznego przeglądu wcześniejszych teorii duszy (jak się okazuje, było ich sporo). Traktat zamykają rozważania, momentami mocno abstrakcyjne, dotyczące duszy racjonalnej, a więc natury myślenia oraz wyobraźni. Warto zauważyć, że Arystoteles prawie w ogóle nie dotyka problemu samoświadomości. W starożytności nie cieszyło się ono bowiem zainteresowaniem uczonych. Na filozoficznych salonach wypromuje je dopiero Kartezjusz, za bez mała dwa tysiące lat.

Owszem, w De anima natrafimy na wiele mglistych, czasem wręcz, bądźmy szczerzy, bełkotliwych fragmentów (np. wyjaśnienie dlaczego nie może być więcej niż pięć zmysłów). Pamiętajmy jednak, że wszystkie ocalałe dzieła Arystotelesa są ezoteryczne, tzn. mają charakter notatek pisanych z myślą o wąskiej grupie odbiorców, a może nawet o samym tylko autorze, który podpierał się nimi w trakcie wykładów w Liceum. Traktaty egzoteryczne, popularne, tworzone dla szerszej publiczności, odznaczały się rzekomo znakomitą, nomen omen, formą (Cyceron porównywał styl pisarski Arystotelsa do "rzeki złota"), lecz niestety żadne z nich nie przetrwał do czasów nowożytnych.

Jednakże, jeżeli pominiemy nadmiernie zamotane podrozdziały (które są zresztą w mniejszości) oraz kilka ewidentnie błędnych stwierdzeń, okaże się, że w De anima da się wciąż odnaleźć mnóstwo inspirującej treści. W jej przetrawieniu nieocenioną pomoc stanowią bogate objaśnienia Hugh Lawsona-Tancreda, które zwiększają objętość Penguinowskiego wydania aż dwukrotnie. Okazuje się, że lektura klasyków filozofii to nader wdzięczne ćwiczenie umysłowe, jeśli tylko mamy do czynienia z dobrym przekładem opatrzonym wyczerpującym wstępem i pomocnymi przypisami. Na deser dostajemy jeszcze słowniczek: Pathos — właściwość bierna; epithumia — nieracjonalne pożądanie; orexis — pożądanie, racjonalne albo nie; ergon — funkcja; chorismos — oddzielenie. Nie wytrzymałem i przepisałem do notesu, żeby poprzez kinesis wzbogacić swoją episteme.

Linki:

26/09/2010

(363) Tutaj

Niemało jest zjawisk, które mnie wkurzają. Ludzie tarasujący wąskie przejścia. Sondaże. Zawieszający się flash w przeglądarce. Język niemiecki w środkach komunikacji miejskiej. Deszcz padający przy świecącym słońcu. Skarpety do sandałów. Gryzmolenie po pożyczonych książkach. Życzenia świąteczne wysyłane masowo mailem. Biała poezja.

Swoją niechęć do tej ostatniej sygnalizowałem i uzasadniałem kilka lat temu na starym blogu, potem bezwzględnie obszedłem się tamże z samym Herbertem. Teraz przyszła pora na Szymborską. Za dużo do powiedzenia w zasadzie nie mam, bo większość wierszy zawartych w cienkim, niebieskim tomiku jednoznacznie potwierdza moją tezę. Owszem, trzy-cztery z dziewiętnastu utworów czyta się z niewielką przyjemnością; przy pozostałych musimy natomiast albo niewzruszenie wertować kartki, albo doszukiwać się poetyckiego, metaforycznego sensu tam, gdzie występują tylko projekcje umysłu autorki, nieubrane ani w rym, ani w chwytliwe przenośnie.

Zdumiewa mnie natomiast, ile różnych rzeczy w takich tekstach da się dostrzec będąc pod wpływem magii Nazwiska. Katarzyna Janowska pisze oto o "ujarzmianiu abstrakcji konkretem", o "spojrzeniu na przekór oczywistościom". Jarosław Klejnocki twierdzi, że Szymborska "podąża tu za greckimi filozofami życia, w szczególności zaś za epikurejczykami". Grzegorz Kozera uważa, iż wiersze "spełniają podstawową zasadę wielkiej poezji, jaką jest nieustające zadziwianie czytelnika". Wreszcie Piotr Śliwiński wspomina o "mistrzowskim prześwietlaniu rzeczywistości". Powściągliwość zachowuje jedynie Wojciech Bryda. Notabene, warto porównać jego tekst z pozostałymi czterema pod kątem rzeczowości i ilości pustych-ale-ładnie-brzmiących sformułowań.

Państwo Janowska, Klejnocki, Kozera i Śliwiński mogą mi oczywiście zarzucić ciemnotę umysłową, niewrażliwość na subtelne piękno i nieznajomość tematu. Ja ze smutkiem odpowiem, że nie mogę przeprowadzić eksperymentu, na który od dawna mam ochotę. Doświadczenie polegałoby na spłodzeniu przeze mnie pięciu białych wierszy i wymieszaniu ich z piętnastoma innymi, takimi spod piór znakomitości pokroju Szymborskiej i Herberta. Następnie kilku znawców musiałoby rozpoznać które są które, ale tylko i wyłącznie na podstawie (faktycznych bądź wyimaginowanych) walorów przedstawionych tekstów.

Doświadczenie jest niewykonalne, bo znawcy z definicji znają wszystkie "najwybitniejsze" białe wiersze. Z kolei bez udziału znawców wyniki eksperymentu, gdyby przemawiały na korzyść mojej tezy, dałoby się łatwo podważyć.

Mogę więc tylko stwierdzić ze smutkiem, sam do siebie, sam sobie, w ciszy blogu, w blogu cichym: Biała poezja  tego nie robi się ludziom...

★☆☆☆☆☆

23/09/2010

(361) The Road

Każdy miłośnik Fallouta wie, że książek opowiadających o skutkach Nigdy Nie Zmieniającej Się Wojny jest bardzo niewiele. Za pociechę niech więc służy fakt, iż barterowa wartość Drogi wynosi przynajmniej pięć zwyczajnych powieści postapokaliptycznych. Nieczęsto bowiem się zdarza, by pisarz zaliczany do grona najwybitniejszych współczesnych amerykańskich literatów zabierał się za napisanie książki fantastycznonaukowej; jeszcze rzadziej, by sięgał jednocześnie po mocno zaniedbywany podgatunek podgatunku. "Jakie znowu science-fiction?", warkną krytycy i literaturoznawcy, sprzeciwiając się takiemu szufladkowaniu Drogi, lecz fabuła nie pozostawia wątpliwości: Bezimienni Ojciec i Syn wędrują przez zniszczone, wyludnione Stany Zjednoczone szukając żywności i unikając kanibali. SF pełną gębą, tyle że nadzwyczaj ponure.

Brak elementów przygodowych istotnie popycha powieść McCarthy'ego w kierunku głównego nurtu. Jeżeli po przeczytaniu wydawniczej zajawki ktoś zastanawiałby się, czy bohaterowie przez całą książkę faktycznie tylko idą i idą, to odpowiedź brzmi twierdząco. Innych wątków tam nie uświadczymy. Nudy też nie, bo autor w pełni absorbuje uwagę czytelnika przejmująco odmalowanym krajobrazem beznadzei, przez który bohaterowie niosą jeden z ostatnich okruchów ciepła i dobra. Ruszyli asfaltem w niebieskoszarym świetle, włócząc nogami przez popioły, a jeden dla drugiego był światem całym. Podobnych zdań-perełek jest tutaj więcej (szczególnie błyszczy akapit końcowy), ale autor dawkuje je oszczędnie, preferując skąpy, suchy styl. Na zgliszczach cywilizacji wiele do powiedzenia po prostu nie ma.

Czy Droga miała być metaforą? Powieść da się z pewnością odczytać jako pytanie o sens życia w świecie bez Boga, jako studium miłości rodzica do dziecka, jako pochwałę ludzkiej wytrwałości w obliczu totalnej katastrofy bądź jako ponurą wróżbę. McCarthy rozgrywa jednak apokaliptyczną partię z pokerową twarzą; w przypadku tej niegrubej książki naprawdę trudno rozszyfrować autorski przekaz podprogowy. Najbezpieczniej więc będzie chyba potraktować Drogę jako nadzwyczaj smakowity fantastyczny kąsek, po który mainstream wyciąga zachłanną rączkę. Miejsce Drogi jest jednak obok Shute'a i Millera, nie obok Faulknera.

★★★★★☆

16/09/2010

(364) Ułamki filozofii

Leszek Kołakowski wraz z córką wzięli na tapet kilkadziesiąt słynnych cytatów filozoficznych i każdy z nich opatrzyli komentarzem — czasem skrajnie lapidarnym, czasem przypominającym zalążek eseju, ale nigdy nie dłuższym niż kilka zdań. Przypisy Kołakowskich nie próbują ani tłumaczyć cytatów, ani w telegraficznym skrócie przedstawiać kryjące się za nimi teorie. Są raczej "myślami nieuczesanymi" zainspirowanymi poszczególnymi sentencjami.

Sam nie wiem, do kogo adresowana jest ten cieniutki tomik. Filozoficzny żółtodziób rozczaruje się bowiem jego dygresyjnym charakterem, natomiast u czytelnika zaawansowanego Ułamki filozofii rozbudzą co najwyżej apetyt na więcej. Oczywiście, w księgarniach nietrudno o grubsze książki spod pióra radomskiego filozofa... ale akurat tę lepiej wypożyczyć aniżeli kupić.

★★★☆☆☆

08/09/2010

(359) Świat króla Artura. Maladie

Świat króla Artura. Maladie jest książką wartą przeczytania, choć zarazem nieco niepotrzebną. Jej treść należałoby bowiem rozparcelować między Rękopis znaleziony w smoczej jaskini oraz Coś się kończy, coś zaczyna. Tym stwierdzeniem bimbam sobie co prawda i na wydawniczą chronologię, i na objętość arturiańskiego eseju, ale nie sposób nie przyznać, że Świat króla Artura świetnie pasowałby jako bonusowy rozdział w fantastycznym kompendium Sapkowskiego, podczas gdy Maladie byłaby ukoronowaniem niewiedźmińskich opowiadań łódzkiego pisarza.

Niech specjaliści roztrząsają, czy arturiański esej zawiera tyle merytorycznych błędów, co Rękopis.... Mnie ta wiedza ta nie jest potrzebna do szczęścia, bo traktuję Świat... jako zgrabne niebeletrystyczne czytadło, stanowiące co najwyżej inspirację do sięgnięcia po poważne źródło. Liczy się to, że Świat króla Artura pochłania się przyjemnie i szybko, stykając się przy okazji z garścią informacji na temat historii i mitologii Wielkiej Brytanii. Byle tylko nie brać sobie tych informacji za bardzo do serca, tak na wszelki wypadek. Sapkowską interpretację legendy o Graalu można już chyba wziąć do serca bardziej, o ile oczywiście nie jest się szowinistą.

A Maladie to już zupełnie inna bajka. Retelling opowieści o Tristanie i Izoldzie, tyle, że z punktu widzenia Morholta i Branwen, przypomina dobitnie, za co należy kochać Sapkowskiego. Na niewielu ponad czterdziestu stronach znalazły się wszystkie elementy, które wyniosły jego twórczość fantastyczną na ołtarze: klimat przemycony w oszczędnych opisach, charyzmatyczna postać męska, psychologicznie wiarygodny wątek miłosny, dynamiczna scena walki, efektowne dialogi i przenikliwa melancholia (no, zgoda, tego ostatniego w Wiedźminie nie było). Zaiste godny spadkobierca chansons de geste.

★★★★☆☆

11/08/2010

(367) Year's Best SF 15

Antologie opowiadań fantastycznonaukowych dzielą się, jak wiadomo, na dwa typy: te, które przedstawiają utwory nowe, pisane na zamówienie pod określony temat, oraz te, które zbierają w jednym woluminie teksty opublikowane już wcześniej. Pozorna wada drugiego przypadku — wtórność — pozwala na uwolnienie się od hegemonii czasopism literackich. Cierpliwy czytelnik, zamiast inwestować pieniądze i czas w prenumeratę periodyków, może po prostu poczekać i kupić przysłowiową "tacę" o wszystko mówiącym tytule Year’s Best SF. Przynajmniej cierpliwy anglojęzyczny czytelnik.

 Recenzję rzeczonej antologii opublikowałem w Esensji. Można ją znaleźć tutaj. Nawiasem mówiąc, jest dość długa, ale to dwadzieścia cztery zróżnicowane opowiadania pretendujące do miana "najlepszych" zasługują na solidne omówienie. A ile spośród nich to teksty przynajmniej świetne? Cztery:

Robert Charles Wilson, This Peaceful Land — "Akcję osadzono w 1895 r. na południu Stanów Zjednoczonych. 'Alternatywność' dotyczy tu, jakżeby inaczej, Wojny Secesyjnej. Siłę utworu stanowi narastające napięcie, które Wilson buduje sprawnie na dwóch równoległych płaszczyznach. Poprzez wspomnienia narratora poznajemy stopniowo historię alternatywnych Stanów, a jednocześnie razem z głównym bohaterem i jego czarnoskórym towarzyszem odkrywamy pewną mroczną tajemnicę 'tego pokojowego kraju'".

Paul Cornell, One of Our Bastards Is Missing — "W świecie Cornella arystokratyczne obyczaje i struktury społeczne rodem z dziewiętnastego wieku koegzystują z hipertechnologią. Podczas przyjęcia poprzedzającego królewski ślub dochodzi do dosłownego zniknięcia pruskiego dyplomaty. Z zagadką, która może mieć poważne polityczne konsekwencje, musi zmierzyć się major Hamilton".

Peter Watts, The Island — "Znakomita opowieść o Kontakcie wtłoczona w ramy ponurego nastroju, tak typowego dla kanadyjskiego pisarza. Niemożność porozumienia z Obcymi? Jak najbardziej, ale także osamotnienie w bezmiarze kosmicznej pustki i poczucie bezsensowności pracy wykonywanej od eonów dla bardziej zaawansowanej inteligencji. Całość podana w charakterystycznym, nieoszczędzającym czytelnika Wattsowym stylu, który mi osobiście kojarzy się z naszym Dukajem".

Paul Oberndorf, Another Life — "Znakomite, trochę wzruszające, a na pewno nostalgiczne opowiadanie o dziwnej miłości w czasach międzyplanetarnych wojen i seryjnej nieśmiertelności. Autor z bardzo banalnego pomysłu, obywając się bez skomplikowanej intrygi, stworzył perełkę o przemijaniu i potrzebie akceptacji".

08/08/2010

(362) Philosophy of Mind

Czym jest umysł? Czym jest poczucie własnego jestestwa, "siedzenie we własnej głowie"; owa intymna relacja psychologiczna, której każdy doświadcza w odniesieniu do siebie samego — i tylko do siebie samego?

W czasach nowożytnych pierwszym, który poważnie wziął się za bary z zagadnieniem, był Kartezjusz. Zaproponowany dualizm fizycznego ciała i niefizycznego ducha można odnaleźć jeszcze u Platona, ale to właśnie francuski uczony nadał mu nowoczesny i filozoficznie precyzyjny kształt. Z oczywistych powodów jego teoria wydawała się atrakcyjna dla teologów chrześcijańskich, z czasem jednak straciła uznanie w oczach świeckich metafizyków. No bo jak spójnie opisać mechanizm, który pozwalałby na komunikację czegoś niefizycznego z czymś fizycznym? I gdzie właściwie kauzalne połączenie między res extensa i res cogitans ma być umiejscowione? W szyszynce, jak sugerował sam Kartezjusz? Jasne; Renego zdisowała jeszcze za życia księżniczka Elżbieta z Bohemii.

04/08/2010

(360) Zaczarowana dorożka, czyli liryki najpiękniejsze

Uwielbiam poezję Gałczyńskiego. Moja fascynacja nie ma specjalnego znaczenia literaturoznawczego, jako że ekspertem od poezji nie jestem, wiersze czytuję rzadko, i nie potrafiłbym obiektywnie ocenić twórczości Karakuliambra na tle epok(i). Wiem jednak, że specjaliści uważają go za jednego z najwybitniejszych polskich poetów, a taka etykietka, w połączeniu z moim subiektywnym uwielbieniem, to już coś. Tym bardziej, że zazwyczaj przejawy tego uwielbienia nie próbują się wcale dostosować do kanonicznych ocen.

Gdybym posiadał nieograniczoną ilość egzemplarzy Zaczarowanej dorożki, ciskałbym je w twarz wszystkim apologetom białych wierszy. "Popatrzcie tylko", mówiłbym, "popatrzcie, jak powinna wyglądać prawdziwa poezja. Nie wystarczą same zgrabne, przemawiające do wyobraźni, zaskakujące metafory. Trzeba je jeszcze osadzić w zwartej strukturze rymu i rytmu. Tak właśnie odróżni się prawdziwy talent do mowy wiązanej od wstecznictwa i pozoranctwa. Na tym polega przewaga poezji klasycznej nad modernistycznymi pożal-się-Boże eksperymentami. Na tym polega przewaga mojego Gałczyńskiego i wróbelka nad waszym Herbertem i kamykiem". (Okej, akurat Kamyk był zupełnie znośny, ale na przykład cały Herbertowy zbiorek Napis to jedna wielka kpina z czytelnika).

Jednak jako że mam tylko jeden egzemplarz, nie będę nikogo przekonywał na siłę. Prędzej tak.

Najelegantszym zakończeniem powyższej notki byłby sonat pochwalny na część Gałczyńskiego, ale nie dość, że moje umiejętności sonatotwórcze są zastraszająco skromne, to na dodatek obiecałem dawno temu, że na blogu nie będę nikogo torturował radosną twórczością. Kiedyś dopadła mnie jednak wena i przetłumaczyłem na angielski mój ulubiony utwór KIG-a. Co prawda jest niedługi i wyjątkowo pozbawiony rymów, ale i tak Borysowy przekład jest lepszy od "oficjalnego". Każdy przyzwoity człowiek może przecież sam porównać obie wersje.

★★★★★★

28/07/2010

(357) Rękopis znaleziony w smoczej jaskini

Wejdźmy na Plotka. Przejrzyjmy notki. Wczytajmy się w komentarze pod jednym z nich. Co je łączy? Beznadziejne nicki autorów! A wystarczyłoby sięgnąć po Rękopis znaleziony w smoczej jaskini, powertować rozdział siódmy (Materia Magica) i rychło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, anetka14 przeistoczyłaby się w La Vibrię, fan_ewy_farny — w Ogra Duńczyka, a blackdress stał(a)by się równie bezpłciowym(ą) i tajemniczym(ą) Sidhe.

Choć od wydania Rękopisu... minęło prawie dziesięć lat, niegruby podręcznik Andrzeja Sapkowskiego wciąż nie doczekał się konkurencji na polskim rynku. I to pomimo faktu, że "Kompendium wiedzy o literaturze fantasy" jest tytułem na wyrost; zdecydowanie bardziej pasowałby "Fantastyczny leksykon na luzie". Z drugiej strony chyba właśnie swobodnym podejściem do tematu okraszonym charakterystycznym stylem zawiesił autor poprzeczkę na tyle wysoko, że jego koledzy po piórze po dziś dzień boją się rzucić mu wyzwanie, wiedząc, że mogliby skończyć jak, dajmy na to, Cuchulainn.

Wytknięto Sapkowskiemu szereg błędów merytorycznych. Tylko co z tego? Już zważywszy na formę nie należy traktować Rękopisu... jako encyklopedii z prawdziwego zdarzenia. Stokroć lepiej uznać książkę, zgodnie z zamysłem pisarza, za gawędziarski przewodnik po gatunku i mitologii. Wtedy lektura stanie się przyjemnością czystą, a nie grzeszną. Poza wyżej wspomnianą "Materią magicą" czekają tu więc na nas rozważania nad definicją gatunku, galeria ojców-założycieli, rozprawka o stosunku science-fiction i mainstreamu do fantasy, przegląd pojęć oraz podgatunków, bestiariusze "obiektywny" i "subiektywny"... oraz jeszcze kilka innych atrakcji.

Nie sposób też nie pochwalić bardzo schludnego wydania Rękopisu.... superNOWA chciała chyba odpokutować niesławne drukowanie cyklu wiedźmińskiego na papierze toaletowym.

★★★★☆☆

10/07/2010

(358) A Survey of Metaphysics

Argument McTaggarta ambitnie dowodzi nieistnienia czasu. Wyobraźmy sobie bowiem, że poproszono nas, byśmy słowami opisali jego bieg, lub, mówiąc konkretniej, rozkład zdarzeń na temporalnej osi. Do dyspozycji mamy dwie strategie powiązane ściśle z dwoma rodzajami wyrażania się o czasie. Przede wszystkim możemy więc używać dynamicznych określeń typu "rok temu", "dzisiaj", "za pięć minut", "za dwa lata", które ustanawiają relacje pomiędzy każdym zdarzeniem a teraźniejszością. Alternatywa polega natomiast na korzystaniu z określeń statycznych, które porządkują wydarzenia w chronologiczny szereg  zdarzenie B miało miejsce trzy dni po zdarzeniu A, ale rok przed zdarzeniem C. W tym drugim przypadku odwołania do chwili teraźniejszej są zbędne (choć wciąż możliwe).


Paradoks McTaggarta polega na tym, że o ile druga strategia opisu czasu jest niewystarczająca, o tyle pierwsza prowadzi do sprzeczności. Określenia statyczne nie oddają istoty czasu, jaką jest nieustająca zmiana; raz ustanowiony szereg chronologiczny zawsze będzie przecież taki sam, bo początek Drugiej Wojny Światowej będzie 21 lat po końcu Pierwszej zarówno jutro jak i w następnym wieku. Zresztą, w analogiczny sposób moglibyśmy opisać przestrzenny porządek jakichś przedmiotów, a nie ulega wątpliwości, że wymiar czasowy różni się w zasadniczy sposób od przestrzennego. Typowa dla czasu zmiana zawiera się więc tylko w określeniach dynamicznych: dzisiaj jutro jest jutrem, ale pojutrzem będzie już futrem, przepraszam, dniem wczorajszym. I tu leży pies pogrzebany: Skoro czas płynie i skoro w jego opisie musimy korzystać z wyrażeń drugiego typu, wygląda na to, iż każde zdarzenie zdarza się jednocześnie w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. "To absurd", zakrzyknie chłopski filozof. "Każde zdarzenie najpierw jest w przyszłości, potem w teraźniejszości, a wreszcie w przeszłości". Niestety, odpowiada McTaggart, stosując stopniowanie typu najpierw-potem-wreszcie, tłumaczymy bieg czasu biegiem czasu. A inaczej się nie da. Zatem: albo sprzeczność, albo regres.

Przegląd metafizyki E. J. Lowe'a nie jest bynajmniej poświęcony różnorakim metafizycznym paradoksom, choć znajdziemy ich tutaj więcej: zagadkę statku Tezeusza, paradoks tysiąca i jednego kota (nie mylić z kotem Schrödingera), Zenonowe paradoksy ruchu, problem nieprzystających części Kanta (Kanta jest problem, nie części). Zgodnie ze swą nazwą, podręcznik dokonuje przeglądu głównych dziedzin i zagadnień metafizyki: od meta-metafizyki, poprzez problematykę tożsamości, zmiany, konieczności, możliwości, przyczynowości, warunkowości, agencji, działań, zdarzeń, czasu i przestrzeni, a skończywszy na uniwersaliach i partykulariach. Wydech.

Lektura fascynująca, choć wymagająca skupienia i czasu. Lowe traktuje swoją książkę jako wprowadzenie w temat, używa więc nietechnicznego języka, ale wodolejstwa u niego nie znajdziemy. Wręcz przeciwnie: Całość jest treściowo gęsta. Niejako przy okazji podręcznik udowadnia, że ze wszystkich przedmiotów humanistycznych metafizyka ma najwięcej wspólnego z naukami ścisłymi. I że za używanie przymiotnika "metafizyczny" jako synonimu "paranormalny" należy się mocne klapśnięcie indorem.

★★★★☆☆

30/06/2010

(355) Panna Julia

"Wściekł się z tym Strindbergiem, czy jak?", mógłby ktoś zapytać. Wyjaśniam więc: Bynajmniej nie stałem się miłośnikiem skandynawskich dramatów naturalistycznych. Tak się jednak złożyło, że jakiś czas temu wpadł mi w ręce zbiór dramatów zacnego Augusta, wydany notabene ładnych kilkadziesiąt lat temu. Stare książki budzą szacunek, szczególnie, jeśli na co dzień obcuje się z kieszonkową beletrystyką. A że dramaty czyta się szybko, w przeciągu kilku dni zapoznałem się z trzema utworami: Mistrzem Olofem, Ojcem, oraz najlepszą z nich wszystkich Panną Julią.


Napisana w 1888 r. "duodrama" rozgrywa się w najkrótszą noc roku w kuchni wiejskiej posiadłości. Tytułowa szlachcianka i służący Jean prowadzą ze sobą specyficzną grę, która niepostrzeżenie przeistoczy się w konflikt płci i klas, a następnie zaprowadzi bohaterów do tragicznego finału. Ona jest córką szwedzkiego hrabiego, kobietą hardą, lecz niedojrzałą i rozchwianą emocjonalnie. On jest inteligentny i wyrachowany, choć zarazem w pełni świadom swojego nie najlepszego miejsca w szeregu. Od pierwszego aktu widać wzajemną fascynację, ale każdym z nich kierują egoistyczne pobudki — ona poprzez romans ze służącym chce dać wyraz swojej buntowniczej naturze, on poprzez związek z arystokratką chciałby awansować w społecznej hierarchii.

Świetnie napisane dialogi budują narastające napięcie, także, a może przede wszystkim, erotyczne, ale Panna Julia to w żadnym razie nie tylko opowiastka o zakazanej miłości. To także gorzki komentarz do miłości w ogóle (postrzeganej przez pisarza jako środek wiodący do celu) oraz jednocześnie przypowieść o władzy: mężczyzny nad kobietą, szlachty nad plebsem, ojca nad córką. Warto przeczytać, a ja będę jeszcze chciał obejrzeć.

To dobra miejscowość dla turystów i jest tam mnóstwo willi, które wynajmuje się zakochanym parom, a to bardzo intratny proceder — wie pani dlaczego? — bo robi się kontrakt na pół roku, a oni wyjeżdżają po trzech tygodniach. Bo się zdążą pokłócić, naturalnie! Ale czynsz muszą zapłacić mimo to! Po czym wynajmuje się willę na nowo. I tak w kółko, bo miłości nie brakuje — choć nie trwa zbyt długo!


★★★★

13/06/2010

(366) Dødsriket

Skandynawska literatura sensacyjno-kryminalna od wielu lat potęgą stoi. Za apogeum jej rozkwitu uznać trzeba nadchodzącą ekranizację Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet w reżyserii samego Davida "Siedem" Finchera (inna sprawa, czy Amerykanie nie powinni po prostu dorzucić angielskie napisy do szwedzkiego, skądinąd bardzo dobrego, filmu sprzed półtora roku). Pierwszy raz ze światem nordyckiej zbrodni w papierowym wydaniu) zetknąłem się wiele lat temu i nawet mi się za to oberwało; drugi raz, tydzień temu, za pośrednictwem Królestwa Śmierci Toma Kristensena. Swój egzemplarz znalazłem co prawda w kartonowym pudle z napisem "bierzta kto chce", ale przecież Kristensen kilka lat temu otrzymał za Dødsriket Nagrodę Rivertona za najlepszą norweską powieść z gatunku. Lektura udowodniła jednak, że anonimowy ofiarodawca miał więcej wyczucia niż rivertonowscy jurorzy.


Królestwo Śmierci łączy w sobie najlepsze i najgorsze cechy czytadła. Z jednej strony to wzorowy "przewracacz stron", w którym krótkie rozdziały i trzy przeplatające się wątki utrzymują wysoką wciągalność. Z drugiej strony postacie są papierowe, ich motywacje albo niewiarygodne, albo nijakie; główny protagonista swoją bezczynnością daleki jest od zaskarbienia sobie sympatii czytelnika; pod koniec dostajemy bezsensowny i na dodatek nie prowadzący absolutnie donikąd twist; a fabuła kończy się bardzo gwałtownie i zostaje podsumowana ziewogennym morałem. Książka Kristensena broni się więc tylko stylem, tempem, no i tematyką, jako że całość kręci się wokół planowanego zamachu bombowego na metro w Oslo. Mudżahedini udający sprzedawców warzyw, studenci-terroryści, zły książę finansujący operację ze swojej posiadłości w Arabii Saudyjskiej, te sprawy.

Mój egzemplarz Dødsriket okazał się przechodni. Zostawiłem go z karteczką "bierzta kto chce". Oczywiście, w metrze.

★★★☆☆☆

06/06/2010

(354) Ojciec

W liceum nauczono mnie, że Dom lalki Ibsena wstrząsnął ówczesną publicznością i rozniecił gorącą dyskusję na temat roli kobiety w wiktoriańskim modelu małżeństwa. Niewątpliwie. Szkoda jednak, że podręczniki nie kwapiły się, by wspomnieć o Ojcu, o jedenaście lat późniejszym dramacie spod pióra "słodkiego brata"* Strindberga. Albowiem odejście Nory od Torvalda w finale Domu lalki to małe piwo w porównaniu z wydarzeniami u szwedzkiego rywala Ibsena. Matko Święta, co się tam wyprawia: Tytułowy ojciec zostaje wykończony, dosłownie i w przenośni, przez swoją żonę, która jasno daje mu do zrozumienia, że córka Bertha nie jest wcale jego dzieckiem. W przeciwieństwie do swojej norweskiej koleżanki Laura nie musi sobie nigdzie iść -- to jej mąż zostaje, cóż, wyniesiony.


Ja wiem, że Dom lalki to jeszcze realizm, a Ojciec to już naturalizm, i stąd różnica w podejściu obu bohaterek do matrymonialnego problemu. Zauważmy jednak, że Ibsen, ograniczony pruderią epoki, nie mówi nam, dokąd właściwie Helmerowa się udała. Po lekturze Strindberga wszystko staje się oczywiste. Nora dotarła do Szwecji, spotkała Laurę i obie panie założyły nowoczesną (tj. lesbijską) rodzinę. Właśnie o czymś takim powinien opowiadać nigdy nie napisany sequel.

★★★☆☆☆

__________
* "Słodki brat": Pieszczotliwe określenie, jakim Norwedzy określają swoich sąsiadów zza wschodniej granicy. Dlaczego "słodki", do końca nie wiadomo. Niby Szwedki wygrywają z Norweżkami w plebiscytach urody, ale w takim razie skąd ten "brat"? Tak czy owak, "søta bror" pojawia się już w pierwszej połowie XIX wieku w romantycznej twórczości Wergelanda.

21/05/2010

(356) Żmija

Z najnowszą powieścią Sapkowskiego zarówno czytelnicy jak i krytycy obeszli się bezwzględnie, myląc chyba Żmiję z tytułową gadziną (z nielicznymi wyjątkami). Choć AS polskiej fantastyki kazał czekać na swoją kolejną książkę ponad trzy lata, nie tylko przeszła ona bez większego echa, ale otrzymała też fatalne wręcz noty. Niesłusznie. Żmija co prawda nie jest ani powrotem do sagi wiedźmińskiej (jeszcze by tego brakowało...), ani pierwszym tomem nowego epickiego cyklu, lecz książki należy przecież oceniać takimi, jakie są, a nie osądzać za to, czym nie są.


Owszem, Żmiji bliżej do długiego opowiadania niż do powieści, choć niżej podpisany nie uznaje tego za wadę. Protagonistą jest tutaj Paweł Lewart, praporszczyk wojsk radzieckich interweniujących w Afganistanie w latach osiemdziesiątych. Historia rozpoczyna się trzęsieniem ziemi o wyglądzie obdartych i brodatych mudżahedinów szturmujących przydrożny posterunek obsadzony przez Sowietów. Potyczkę na broń maszynową i granaty Sapkowski przedstawia na kilkunastu stronach z typową dla siebie werwą, przypominając, że trudno stawać z nim w szranki, gdy przychodzi do opisów wszelakich walk i starć. Pisarz nie byłby jednak sobą, gdyby z afgańskim piachem i zapachem prochu wkrótce nie zaczęła mieszać się magia. Sam Lewart, nie bez powodu zresztą, staje się oto ogniwem między dwoma światami...

Żmija wciąga. Co ważniejsze, nie rozczarowuje jako czytadło; ani rozwlekłością środkowych partii, ani nieumiejętnym zakończeniem. Lektury nie starcza jednak na długo, książka jako taka ma bez wątpienia mniejsze ambicje literackie niż poprzednie dokonania Sapkowskiego (jednakże widać, że autor ponownie odrobił lekcje przed pisaniem). Zastanawiające jest, że w swojej fantastycznej twórczości Sapkowski nieustannie przesuwa się "do przodu". Wiedźmin był typową fantasy osadzoną w Nibylandii, Trylogia husycka — fantasy historyczną, natomiast Żmija to już fantasy współczesne należące do podgatunku "Jednorożce w ogrodzie" (stosując klasyfikację samego Sapkowskiego zaproponowaną w Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini). Co będzie następne? Może technofantasy a'la Ruch Generała?

Ja wolałbym chyba pierwszy tom spaceoperowej trylogii o zemście pt. Battle dust.

★★★★☆☆

02/05/2010

(353) Mistrz Olof

Marzy mi się dobra książka beletrystyczna opowiadająca o konflikcie wiary z ateizmem przez pryzmat losów trójki przyjaciół. Coś jak Młode lwy Shawa, tylko zamiast Amerykanina, Żyda i Niemca w czasach II Wojny Światowej mielibyśmy ateistę, katolika i agnostyka w czasach, dajmy na to, ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Ateista próbuje przekonać katolika, by ten porzucił swoją wiarę, i w końcu mu się to udaje, ale płaci najwyższą możliwą cenę -- sam się nawraca. Rozwój wydarzeń obserwowany jest przez agnostyka pełniącego zarazem rolę narratora. Agnostyk ma nihilizujące zapędy, lecz z czasem uświadamia sobie, że nie opowiadając się po żadnej ze stron traci Coś Bardzo Ważnego. Całość kończyłaby się mniej więcej tak jak Imię róży; agnostyk, po latach, stary i zmęczony, spisuje w zimnej bibliotece KUL-u swoje wspomnienia z sierpnia 2002 r., stat rosa pristina nomine, itd.

To byłaby zarąbista książka.


A na razie przeczytałem dramat w pięciu aktach pt. Mistrz Olof spod pióra Augusta Strindberga. To jeszcze nie to, ale całkiem ciepło. Tytułowy Olof Pettersson vel Olaus Petri (postać autentyczna) z rozkazu króla Gustawa Wazy reformuje w XVI wieku chrześcijaństwo w Szwecji i zwalcza katolickich biskupów. Idzie mu to całkiem nieźle, lecz dziejowa misja przysparza Olofowi coraz większych problemów rodzinnych i prowadzi go w stronę osobistej klęski. Wciągające. No i sporo dobrych kwestii:


  • Każdy kamień, który oderwiecie od Kościoła, lud rzuci w was samych.
  • "Monsieur -- powiedział -- la religion est morte, est morte" -- powiedział. Ale to mu nie przeszkadza chodzić na mszę! I wie pan, co odpowiedział, gdy go zapytałem, dlaczego to robi? "Poésie! Poésie!" -- powiedział. Ach, on jest boski!
  • Wódka zamyka głowę na cztery spusty, ale otwiera serce na oścież.


Złotych myśli o wódce jest tam notabene więcej.

★★★★☆☆

(352) Prolegomena do wszelkiej przyszłej metafizyki

...która będzie mogła wystąpić jako nauka. A mnie podczas lektury ciągle nasuwało się pytanie, którego Immanuel w ramach swego projektu filozoficznym nigdy nie zadał: Dlaczego ludzie ćpają? Bo i po co faszerować się syntetyczną chemią, skoro można skutecznie przeorać sobie mózg analitycznym Kantem?


Prolegomena... stanowią uzupełnienie do słynnej Krytyki czystego rozumu. Można dać się zmylić tytułowi oraz grubości książki (raptem 150 stron) i potraktować ją jako popularyzatorskie (ekhem, ekhem) wprowadzenie do największego dzieła filozofa z Królewca, lecz w gruncie rzeczy Prolegomena... są apendyksem do tegoż. Kant szkicuje tu ponownie główne pytanie filozofii transcendentalnej (jak możliwa jest metafizyka jako nauka?) i ponownie przedstawia swe nowatorskie rozwiązanie. O ile jednak w Krytyce... zastosowano podejście syntetyczne i czytelnik skazany był tam na mozolne rozwiązywanie łamigłówki od zera wraz z autorem, o tyle Prolegomena... są już analityczne, a więc dokonują "tylko" skrótowego przeglądu gotowej teorii.

Wbrew pozorom Prolegomenów... nie należy traktować jako przystępnego wprowadzenia w filozofię krytyczną. Tutaj dużo lepiej sprawdzi się (tak jak w wielu innych przypadkach) Wikipedia. Po co więc sięgać po tę niegrubą, lecz ociekającą uczonymi sformułowaniami książkę? Na przykład dla gimnastyki umysłowej; Prolegomena... wymagają wnikliwej lektury i po ich przeczytaniu (ze zrozumieniem) odczuwa się sporą satysfakcję. Albo dla lansu -- to w zasadzie jedyna praca Kanta, którą da się przeczytać od deski do deski nie będąc masochistą tudzież profesorem filozofii. Albo dla owego przeorania mózgu, o którym wspomniałem na w pierwszym akapicie. Wiecie, idee zupełnego podmiotu, zupełnego szeregu i zupełnego ogółu; wnioski rozumowe kategoryczne, hipotetyczne i disjunktywne; paralogizm, antynomia i ideał czystego rozumu; te sprawy.