11/08/2010

(367) Year's Best SF 15

Antologie opowiadań fantastycznonaukowych dzielą się, jak wiadomo, na dwa typy: te, które przedstawiają utwory nowe, pisane na zamówienie pod określony temat, oraz te, które zbierają w jednym woluminie teksty opublikowane już wcześniej. Pozorna wada drugiego przypadku — wtórność — pozwala na uwolnienie się od hegemonii czasopism literackich. Cierpliwy czytelnik, zamiast inwestować pieniądze i czas w prenumeratę periodyków, może po prostu poczekać i kupić przysłowiową "tacę" o wszystko mówiącym tytule Year’s Best SF. Przynajmniej cierpliwy anglojęzyczny czytelnik.

 Recenzję rzeczonej antologii opublikowałem w Esensji. Można ją znaleźć tutaj. Nawiasem mówiąc, jest dość długa, ale to dwadzieścia cztery zróżnicowane opowiadania pretendujące do miana "najlepszych" zasługują na solidne omówienie. A ile spośród nich to teksty przynajmniej świetne? Cztery:

Robert Charles Wilson, This Peaceful Land — "Akcję osadzono w 1895 r. na południu Stanów Zjednoczonych. 'Alternatywność' dotyczy tu, jakżeby inaczej, Wojny Secesyjnej. Siłę utworu stanowi narastające napięcie, które Wilson buduje sprawnie na dwóch równoległych płaszczyznach. Poprzez wspomnienia narratora poznajemy stopniowo historię alternatywnych Stanów, a jednocześnie razem z głównym bohaterem i jego czarnoskórym towarzyszem odkrywamy pewną mroczną tajemnicę 'tego pokojowego kraju'".

Paul Cornell, One of Our Bastards Is Missing — "W świecie Cornella arystokratyczne obyczaje i struktury społeczne rodem z dziewiętnastego wieku koegzystują z hipertechnologią. Podczas przyjęcia poprzedzającego królewski ślub dochodzi do dosłownego zniknięcia pruskiego dyplomaty. Z zagadką, która może mieć poważne polityczne konsekwencje, musi zmierzyć się major Hamilton".

Peter Watts, The Island — "Znakomita opowieść o Kontakcie wtłoczona w ramy ponurego nastroju, tak typowego dla kanadyjskiego pisarza. Niemożność porozumienia z Obcymi? Jak najbardziej, ale także osamotnienie w bezmiarze kosmicznej pustki i poczucie bezsensowności pracy wykonywanej od eonów dla bardziej zaawansowanej inteligencji. Całość podana w charakterystycznym, nieoszczędzającym czytelnika Wattsowym stylu, który mi osobiście kojarzy się z naszym Dukajem".

Paul Oberndorf, Another Life — "Znakomite, trochę wzruszające, a na pewno nostalgiczne opowiadanie o dziwnej miłości w czasach międzyplanetarnych wojen i seryjnej nieśmiertelności. Autor z bardzo banalnego pomysłu, obywając się bez skomplikowanej intrygi, stworzył perełkę o przemijaniu i potrzebie akceptacji".

08/08/2010

(362) Philosophy of Mind

Czym jest umysł? Czym jest poczucie własnego jestestwa, "siedzenie we własnej głowie"; owa intymna relacja psychologiczna, której każdy doświadcza w odniesieniu do siebie samego — i tylko do siebie samego?

W czasach nowożytnych pierwszym, który poważnie wziął się za bary z zagadnieniem, był Kartezjusz. Zaproponowany dualizm fizycznego ciała i niefizycznego ducha można odnaleźć jeszcze u Platona, ale to właśnie francuski uczony nadał mu nowoczesny i filozoficznie precyzyjny kształt. Z oczywistych powodów jego teoria wydawała się atrakcyjna dla teologów chrześcijańskich, z czasem jednak straciła uznanie w oczach świeckich metafizyków. No bo jak spójnie opisać mechanizm, który pozwalałby na komunikację czegoś niefizycznego z czymś fizycznym? I gdzie właściwie kauzalne połączenie między res extensa i res cogitans ma być umiejscowione? W szyszynce, jak sugerował sam Kartezjusz? Jasne; Renego zdisowała jeszcze za życia księżniczka Elżbieta z Bohemii.

04/08/2010

(360) Zaczarowana dorożka, czyli liryki najpiękniejsze

Uwielbiam poezję Gałczyńskiego. Moja fascynacja nie ma specjalnego znaczenia literaturoznawczego, jako że ekspertem od poezji nie jestem, wiersze czytuję rzadko, i nie potrafiłbym obiektywnie ocenić twórczości Karakuliambra na tle epok(i). Wiem jednak, że specjaliści uważają go za jednego z najwybitniejszych polskich poetów, a taka etykietka, w połączeniu z moim subiektywnym uwielbieniem, to już coś. Tym bardziej, że zazwyczaj przejawy tego uwielbienia nie próbują się wcale dostosować do kanonicznych ocen.

Gdybym posiadał nieograniczoną ilość egzemplarzy Zaczarowanej dorożki, ciskałbym je w twarz wszystkim apologetom białych wierszy. "Popatrzcie tylko", mówiłbym, "popatrzcie, jak powinna wyglądać prawdziwa poezja. Nie wystarczą same zgrabne, przemawiające do wyobraźni, zaskakujące metafory. Trzeba je jeszcze osadzić w zwartej strukturze rymu i rytmu. Tak właśnie odróżni się prawdziwy talent do mowy wiązanej od wstecznictwa i pozoranctwa. Na tym polega przewaga poezji klasycznej nad modernistycznymi pożal-się-Boże eksperymentami. Na tym polega przewaga mojego Gałczyńskiego i wróbelka nad waszym Herbertem i kamykiem". (Okej, akurat Kamyk był zupełnie znośny, ale na przykład cały Herbertowy zbiorek Napis to jedna wielka kpina z czytelnika).

Jednak jako że mam tylko jeden egzemplarz, nie będę nikogo przekonywał na siłę. Prędzej tak.

Najelegantszym zakończeniem powyższej notki byłby sonat pochwalny na część Gałczyńskiego, ale nie dość, że moje umiejętności sonatotwórcze są zastraszająco skromne, to na dodatek obiecałem dawno temu, że na blogu nie będę nikogo torturował radosną twórczością. Kiedyś dopadła mnie jednak wena i przetłumaczyłem na angielski mój ulubiony utwór KIG-a. Co prawda jest niedługi i wyjątkowo pozbawiony rymów, ale i tak Borysowy przekład jest lepszy od "oficjalnego". Każdy przyzwoity człowiek może przecież sam porównać obie wersje.

★★★★★★