13/06/2010

(366) Dødsriket

Skandynawska literatura sensacyjno-kryminalna od wielu lat potęgą stoi. Za apogeum jej rozkwitu uznać trzeba nadchodzącą ekranizację Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet w reżyserii samego Davida "Siedem" Finchera (inna sprawa, czy Amerykanie nie powinni po prostu dorzucić angielskie napisy do szwedzkiego, skądinąd bardzo dobrego, filmu sprzed półtora roku). Pierwszy raz ze światem nordyckiej zbrodni w papierowym wydaniu) zetknąłem się wiele lat temu i nawet mi się za to oberwało; drugi raz, tydzień temu, za pośrednictwem Królestwa Śmierci Toma Kristensena. Swój egzemplarz znalazłem co prawda w kartonowym pudle z napisem "bierzta kto chce", ale przecież Kristensen kilka lat temu otrzymał za Dødsriket Nagrodę Rivertona za najlepszą norweską powieść z gatunku. Lektura udowodniła jednak, że anonimowy ofiarodawca miał więcej wyczucia niż rivertonowscy jurorzy.


Królestwo Śmierci łączy w sobie najlepsze i najgorsze cechy czytadła. Z jednej strony to wzorowy "przewracacz stron", w którym krótkie rozdziały i trzy przeplatające się wątki utrzymują wysoką wciągalność. Z drugiej strony postacie są papierowe, ich motywacje albo niewiarygodne, albo nijakie; główny protagonista swoją bezczynnością daleki jest od zaskarbienia sobie sympatii czytelnika; pod koniec dostajemy bezsensowny i na dodatek nie prowadzący absolutnie donikąd twist; a fabuła kończy się bardzo gwałtownie i zostaje podsumowana ziewogennym morałem. Książka Kristensena broni się więc tylko stylem, tempem, no i tematyką, jako że całość kręci się wokół planowanego zamachu bombowego na metro w Oslo. Mudżahedini udający sprzedawców warzyw, studenci-terroryści, zły książę finansujący operację ze swojej posiadłości w Arabii Saudyjskiej, te sprawy.

Mój egzemplarz Dødsriket okazał się przechodni. Zostawiłem go z karteczką "bierzta kto chce". Oczywiście, w metrze.

★★★☆☆☆

No comments:

Post a Comment

Note: only a member of this blog may post a comment.