21/05/2010

(356) Żmija

Z najnowszą powieścią Sapkowskiego zarówno czytelnicy jak i krytycy obeszli się bezwzględnie, myląc chyba Żmiję z tytułową gadziną (z nielicznymi wyjątkami). Choć AS polskiej fantastyki kazał czekać na swoją kolejną książkę ponad trzy lata, nie tylko przeszła ona bez większego echa, ale otrzymała też fatalne wręcz noty. Niesłusznie. Żmija co prawda nie jest ani powrotem do sagi wiedźmińskiej (jeszcze by tego brakowało...), ani pierwszym tomem nowego epickiego cyklu, lecz książki należy przecież oceniać takimi, jakie są, a nie osądzać za to, czym nie są.


Owszem, Żmiji bliżej do długiego opowiadania niż do powieści, choć niżej podpisany nie uznaje tego za wadę. Protagonistą jest tutaj Paweł Lewart, praporszczyk wojsk radzieckich interweniujących w Afganistanie w latach osiemdziesiątych. Historia rozpoczyna się trzęsieniem ziemi o wyglądzie obdartych i brodatych mudżahedinów szturmujących przydrożny posterunek obsadzony przez Sowietów. Potyczkę na broń maszynową i granaty Sapkowski przedstawia na kilkunastu stronach z typową dla siebie werwą, przypominając, że trudno stawać z nim w szranki, gdy przychodzi do opisów wszelakich walk i starć. Pisarz nie byłby jednak sobą, gdyby z afgańskim piachem i zapachem prochu wkrótce nie zaczęła mieszać się magia. Sam Lewart, nie bez powodu zresztą, staje się oto ogniwem między dwoma światami...

Żmija wciąga. Co ważniejsze, nie rozczarowuje jako czytadło; ani rozwlekłością środkowych partii, ani nieumiejętnym zakończeniem. Lektury nie starcza jednak na długo, książka jako taka ma bez wątpienia mniejsze ambicje literackie niż poprzednie dokonania Sapkowskiego (jednakże widać, że autor ponownie odrobił lekcje przed pisaniem). Zastanawiające jest, że w swojej fantastycznej twórczości Sapkowski nieustannie przesuwa się "do przodu". Wiedźmin był typową fantasy osadzoną w Nibylandii, Trylogia husycka — fantasy historyczną, natomiast Żmija to już fantasy współczesne należące do podgatunku "Jednorożce w ogrodzie" (stosując klasyfikację samego Sapkowskiego zaproponowaną w Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini). Co będzie następne? Może technofantasy a'la Ruch Generała?

Ja wolałbym chyba pierwszy tom spaceoperowej trylogii o zemście pt. Battle dust.

★★★★☆☆

02/05/2010

(353) Mistrz Olof

Marzy mi się dobra książka beletrystyczna opowiadająca o konflikcie wiary z ateizmem przez pryzmat losów trójki przyjaciół. Coś jak Młode lwy Shawa, tylko zamiast Amerykanina, Żyda i Niemca w czasach II Wojny Światowej mielibyśmy ateistę, katolika i agnostyka w czasach, dajmy na to, ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Ateista próbuje przekonać katolika, by ten porzucił swoją wiarę, i w końcu mu się to udaje, ale płaci najwyższą możliwą cenę -- sam się nawraca. Rozwój wydarzeń obserwowany jest przez agnostyka pełniącego zarazem rolę narratora. Agnostyk ma nihilizujące zapędy, lecz z czasem uświadamia sobie, że nie opowiadając się po żadnej ze stron traci Coś Bardzo Ważnego. Całość kończyłaby się mniej więcej tak jak Imię róży; agnostyk, po latach, stary i zmęczony, spisuje w zimnej bibliotece KUL-u swoje wspomnienia z sierpnia 2002 r., stat rosa pristina nomine, itd.

To byłaby zarąbista książka.


A na razie przeczytałem dramat w pięciu aktach pt. Mistrz Olof spod pióra Augusta Strindberga. To jeszcze nie to, ale całkiem ciepło. Tytułowy Olof Pettersson vel Olaus Petri (postać autentyczna) z rozkazu króla Gustawa Wazy reformuje w XVI wieku chrześcijaństwo w Szwecji i zwalcza katolickich biskupów. Idzie mu to całkiem nieźle, lecz dziejowa misja przysparza Olofowi coraz większych problemów rodzinnych i prowadzi go w stronę osobistej klęski. Wciągające. No i sporo dobrych kwestii:


  • Każdy kamień, który oderwiecie od Kościoła, lud rzuci w was samych.
  • "Monsieur -- powiedział -- la religion est morte, est morte" -- powiedział. Ale to mu nie przeszkadza chodzić na mszę! I wie pan, co odpowiedział, gdy go zapytałem, dlaczego to robi? "Poésie! Poésie!" -- powiedział. Ach, on jest boski!
  • Wódka zamyka głowę na cztery spusty, ale otwiera serce na oścież.


Złotych myśli o wódce jest tam notabene więcej.

★★★★☆☆

(352) Prolegomena do wszelkiej przyszłej metafizyki

...która będzie mogła wystąpić jako nauka. A mnie podczas lektury ciągle nasuwało się pytanie, którego Immanuel w ramach swego projektu filozoficznym nigdy nie zadał: Dlaczego ludzie ćpają? Bo i po co faszerować się syntetyczną chemią, skoro można skutecznie przeorać sobie mózg analitycznym Kantem?


Prolegomena... stanowią uzupełnienie do słynnej Krytyki czystego rozumu. Można dać się zmylić tytułowi oraz grubości książki (raptem 150 stron) i potraktować ją jako popularyzatorskie (ekhem, ekhem) wprowadzenie do największego dzieła filozofa z Królewca, lecz w gruncie rzeczy Prolegomena... są apendyksem do tegoż. Kant szkicuje tu ponownie główne pytanie filozofii transcendentalnej (jak możliwa jest metafizyka jako nauka?) i ponownie przedstawia swe nowatorskie rozwiązanie. O ile jednak w Krytyce... zastosowano podejście syntetyczne i czytelnik skazany był tam na mozolne rozwiązywanie łamigłówki od zera wraz z autorem, o tyle Prolegomena... są już analityczne, a więc dokonują "tylko" skrótowego przeglądu gotowej teorii.

Wbrew pozorom Prolegomenów... nie należy traktować jako przystępnego wprowadzenia w filozofię krytyczną. Tutaj dużo lepiej sprawdzi się (tak jak w wielu innych przypadkach) Wikipedia. Po co więc sięgać po tę niegrubą, lecz ociekającą uczonymi sformułowaniami książkę? Na przykład dla gimnastyki umysłowej; Prolegomena... wymagają wnikliwej lektury i po ich przeczytaniu (ze zrozumieniem) odczuwa się sporą satysfakcję. Albo dla lansu -- to w zasadzie jedyna praca Kanta, którą da się przeczytać od deski do deski nie będąc masochistą tudzież profesorem filozofii. Albo dla owego przeorania mózgu, o którym wspomniałem na w pierwszym akapicie. Wiecie, idee zupełnego podmiotu, zupełnego szeregu i zupełnego ogółu; wnioski rozumowe kategoryczne, hipotetyczne i disjunktywne; paralogizm, antynomia i ideał czystego rozumu; te sprawy.