Showing posts with label ocena3. Show all posts
Showing posts with label ocena3. Show all posts

31/10/2010

(371) Lalu Koncewicz, broda i miłość

Korci mnie, żeby napisać coś w stylu: "Dzieciństwo nie może być pełne bez Niziurskiego". Ale listopad za pasem, nie chcę nikogo dodatkowo dołować. Stwierdzę więc po prostu, że jeśli nie czytałeś(aś) Niziurskiego "wtedy", to teraz z definicji nie możesz do niego wrócić. A wracanie do szkolnych opowieści kieleckiego autora sprawia niewysłowioną przyjemność.

Wydany przez Akapit Press w 2001 r. Lalu Koncewicz, broda i miłość to nowa edycja ośmiu starych opowiadań. Najważniejszym z nich jest oczywiście tytułowe, które razem z Białą Nogą i chłopakiem z Targówka oraz Nikodemem, czyli tajemnicą Gabinetu stanowi czołówkę wśród krótkich form Niziurskiego. Lalu... to historia niełatwego życia w szkole koedukacyjnej ("Koedukacja, proszę was, to rzecz męcząca."), które dodatkowo komplikuje pojawienie się w klasie "nowego" posiadającego denerwujący talent błyskawicznego zmiękczania dziewczęcych serc. Nie obejdzie się ani bez obrad pedagogicznych, których przedmiotem jest broda ucznia Koncewicza, ani bez emocjonującej sceny "golenia typa" na poddaszu podejrzanej kamienicy.

Wielka szkoda, że w zbiorze Akapitu nie znalazło się miejsce dla Białej Nogi i Nikodema. Zastępują je dwa opowiadania kolonijne (Wielka heca i Trzynasty występek), króciutkie Czy będziesz moim tatą?, harcersko-detektywistyczny Fałszywy trop, niekłajski Spisek słabych, Ta zdradziecka Julita Wynos z Tomkiem Żabnym oraz zamykający zbiorek melancholijny i przenikliwy Równy chłopak i Rezus.

Nie kryję, że do twórczości Niziurskiego mam silny stosunek emocjonalny, jako że w podstawówkowych czasach czytałem go na okrągło. Sentyment zrobił swoje — w trakcie lektury zbiorku największą frajdę sprawiały mi teksty, które już znałem. Pozostałe cztery wydały się średnie, jeśli nie słabe. Chciałbym jednak stanowczo sprzeciwić się poglądowi, jakoby proza Niziurskiego miała się "starzeć". Nic podobnego. Opowiadania i powieści kawalera Orderu Uśmiechu są wręcz aczasowe, gdyż autor poświęcał zawsze minimalną ilość miejsca opisom tła, skupiając się na szkolnych układach, klasowych sytuacjach i uczniowskich problemach. Jasne, nie ma tu ajfonów i Neostrady, są za to wzmianki o jedenastoletniej szkole koedukacyjnej i mieszkaniu zagęszczonym profesora Rzezińskiego. Mimo tego anachroniczność jest niemalże niewidoczna. Nie da się też narzekać na wolne tempo, ponieważ fabuła wartko zasuwa naprzód niesiona dynamicznymi, nierzadko odrobinę surrealistycznymi dialogami (z charakterystycznym dla Niziurskiego efektem "chóru greckiego").

A może jednak jestem naiwny? Może w epoce zakładania nauczycielom koszy na śmieci na głowy i kultu Tibii szkoła Niziurskiego jest już tylko śmiesznym przeżytkiem?

★★★☆☆☆



__________
Stosunkowo niska ocena spowodowana jest uśrednieniem ocen cząstkowych. Jako że opowiadań jest tylko osiem, dwa słabe (Czy będziesz moim tatą? i Fałszywy trop) mocno zaniżają notę końcową.

17/10/2010

(173) Wiedźmin z Wielkiego Kijowa

Nie lubię takich sytuacji. Na szczęście zdarzają się bardzo rzadko. Czytam oto książkę, wydaje mi się świetna. Odstawiam ją na honorową półkę. Wracam do niej po latach i... zonk. Owszem, pewne elementy nadal wydają się warte pochwalenia, ale summa summarum lektura sprawia wrażenie średniej, jeśli nie kiepskiej. I co począć z tym fantem? Uznać, że pomyliłem się wtedy, bo byłem nieopierzonym czytelnikiem? A może właśnie teraz podchodzę do książki zbyt surowo? A może powinienem odczekać następnych pięć lat, przeczytać po raz trzeci i wydać ostateczny werdykt?

Przedmiot czytelniczo-sędziowskiej rozterki nosi tytuł Wiedźmin z Wielkiego Kijowa i wyszedł spod pióra Władimira Wasiljewa. Zbieżność tytułów bynajmniej nie jest przypadkowa. Rosyjski pisarz nie ukrywał, że zainspirowała go postać nadwiślańskiego wiedźmina, a sam Sapkowski udzielił rzekomo błogosławieństwa koledze zza Buga. Wspólnym mianownikiem obu fabuł jest jednak tylko profesja i imię głównych bohaterów. Wiedźmin Wasiljewa również nazywa się Geralt i również trudni się zabijaniem potworów za pieniądze (tudzież inne dobra). Od rivskiego pierwowzoru różni go natomiast charakter, natura obiektów fachowego zainteresowania oraz świat przedstawiony.

Wiedźmin z Wielkiego Kijowa współczucie i sympatię okazuje dużo rzadziej niż Geralt Sapkowskiego, który, jak wiadomo, na zimnego drania tylko się zgrywał, a tak naprawdę serce miał miękkie. Wiedźmin z Wielkiego Kijowa nie poluje na potwory organiczne, lecz na maszyny — ożywione, zbuntowane, krwiożercze. Wiedźminowi z Wielkiego Kijowa przyszło bowiem żyć nie pomiędzy Smoczymi Górami a Nilfgaardem, lecz w magiczno-industrialnym (ale nie steampunkowym!) świecie z domieszką post-apo. Właśnie świat stanowi o największej sile opowiadań Wasiljewa. Wiele osób pewnie by się ze mną nie zgodziło; nie ulega wątpliwości, że pisarz opisał swoje uniwersum bardzo zgrzebnie. Jednakże owe skrawki da się, przy odrobinie wysiłku, zszyć w przemawiającą do wyobraźni krainę przyszłości. Przyszłości, w której między miastami-państwami rozciągają się nieprzyjazne pustkowia. Przyszłości, w której z ludzkimi osiedlami sąsiadują wielkie, wyludnione parki, niezbadane kompleksy garażowe i gigantyczne, opustoszałe tereny fabryczne. Przyszłości, w której wszystkie (?) maszyny posiadają ograniczoną inteligencję, samoświadomość i wolę, ale nie wszystkie są gotowe podporządkować się ludziom (i innym humanoidalnym rasom).

Brzmi to fascynująco, ale podkreślam, że Wasiljew niczego nam nie ułatwia, że wiele rzeczy czytelnik musi dopowiadać i rekonstruować sobie sam. Poza tym poszczególne opowiadania, choć oparte na całkiem dobrych pomysłach, są fabularnie rozwleczone. W wielu miejscach szwankuje także styl, aczkolwiek niektóre sformułowania Wasiljewa są nadzwyczaj plastyczne ("Różowy blask światła padał na zalegający wszędzie pył i wydawało się, że nie jest to kurz i błoto, a zwiędłe i opadłe jak jesienne liście marzenia mieszkańców Terytorium o lepszym życiu. Krasnoludzkie buciory wiedźmina odbijały na tych marzeniach pieczęcie protektorów.").

Więc jaki jest w końcu ten wiedźmin Wasiljewa? Wielki? Czy tylko kijowy? Nad opinię Borysa-2005 przedłożę chyba opinię Borysa-2010 i będę skłaniał się niestety ku drugiej opcji. Jednak w kategoriach "inspirujący setting" oraz "oryginalne nawiązanie do 'Sagi o wiedźminie' Sapkowskiego" Wiedźminowi z Wielkiego Kijowa należy się z pewnością dodatkowa gwiazdka.

★★★☆☆☆

16/09/2010

(364) Ułamki filozofii

Leszek Kołakowski wraz z córką wzięli na tapet kilkadziesiąt słynnych cytatów filozoficznych i każdy z nich opatrzyli komentarzem — czasem skrajnie lapidarnym, czasem przypominającym zalążek eseju, ale nigdy nie dłuższym niż kilka zdań. Przypisy Kołakowskich nie próbują ani tłumaczyć cytatów, ani w telegraficznym skrócie przedstawiać kryjące się za nimi teorie. Są raczej "myślami nieuczesanymi" zainspirowanymi poszczególnymi sentencjami.

Sam nie wiem, do kogo adresowana jest ten cieniutki tomik. Filozoficzny żółtodziób rozczaruje się bowiem jego dygresyjnym charakterem, natomiast u czytelnika zaawansowanego Ułamki filozofii rozbudzą co najwyżej apetyt na więcej. Oczywiście, w księgarniach nietrudno o grubsze książki spod pióra radomskiego filozofa... ale akurat tę lepiej wypożyczyć aniżeli kupić.

★★★☆☆☆

08/08/2010

(362) Philosophy of Mind

Czym jest umysł? Czym jest poczucie własnego jestestwa, "siedzenie we własnej głowie"; owa intymna relacja psychologiczna, której każdy doświadcza w odniesieniu do siebie samego — i tylko do siebie samego?

W czasach nowożytnych pierwszym, który poważnie wziął się za bary z zagadnieniem, był Kartezjusz. Zaproponowany dualizm fizycznego ciała i niefizycznego ducha można odnaleźć jeszcze u Platona, ale to właśnie francuski uczony nadał mu nowoczesny i filozoficznie precyzyjny kształt. Z oczywistych powodów jego teoria wydawała się atrakcyjna dla teologów chrześcijańskich, z czasem jednak straciła uznanie w oczach świeckich metafizyków. No bo jak spójnie opisać mechanizm, który pozwalałby na komunikację czegoś niefizycznego z czymś fizycznym? I gdzie właściwie kauzalne połączenie między res extensa i res cogitans ma być umiejscowione? W szyszynce, jak sugerował sam Kartezjusz? Jasne; Renego zdisowała jeszcze za życia księżniczka Elżbieta z Bohemii.

13/06/2010

(366) Dødsriket

Skandynawska literatura sensacyjno-kryminalna od wielu lat potęgą stoi. Za apogeum jej rozkwitu uznać trzeba nadchodzącą ekranizację Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet w reżyserii samego Davida "Siedem" Finchera (inna sprawa, czy Amerykanie nie powinni po prostu dorzucić angielskie napisy do szwedzkiego, skądinąd bardzo dobrego, filmu sprzed półtora roku). Pierwszy raz ze światem nordyckiej zbrodni w papierowym wydaniu) zetknąłem się wiele lat temu i nawet mi się za to oberwało; drugi raz, tydzień temu, za pośrednictwem Królestwa Śmierci Toma Kristensena. Swój egzemplarz znalazłem co prawda w kartonowym pudle z napisem "bierzta kto chce", ale przecież Kristensen kilka lat temu otrzymał za Dødsriket Nagrodę Rivertona za najlepszą norweską powieść z gatunku. Lektura udowodniła jednak, że anonimowy ofiarodawca miał więcej wyczucia niż rivertonowscy jurorzy.


Królestwo Śmierci łączy w sobie najlepsze i najgorsze cechy czytadła. Z jednej strony to wzorowy "przewracacz stron", w którym krótkie rozdziały i trzy przeplatające się wątki utrzymują wysoką wciągalność. Z drugiej strony postacie są papierowe, ich motywacje albo niewiarygodne, albo nijakie; główny protagonista swoją bezczynnością daleki jest od zaskarbienia sobie sympatii czytelnika; pod koniec dostajemy bezsensowny i na dodatek nie prowadzący absolutnie donikąd twist; a fabuła kończy się bardzo gwałtownie i zostaje podsumowana ziewogennym morałem. Książka Kristensena broni się więc tylko stylem, tempem, no i tematyką, jako że całość kręci się wokół planowanego zamachu bombowego na metro w Oslo. Mudżahedini udający sprzedawców warzyw, studenci-terroryści, zły książę finansujący operację ze swojej posiadłości w Arabii Saudyjskiej, te sprawy.

Mój egzemplarz Dødsriket okazał się przechodni. Zostawiłem go z karteczką "bierzta kto chce". Oczywiście, w metrze.

★★★☆☆☆

06/06/2010

(354) Ojciec

W liceum nauczono mnie, że Dom lalki Ibsena wstrząsnął ówczesną publicznością i rozniecił gorącą dyskusję na temat roli kobiety w wiktoriańskim modelu małżeństwa. Niewątpliwie. Szkoda jednak, że podręczniki nie kwapiły się, by wspomnieć o Ojcu, o jedenaście lat późniejszym dramacie spod pióra "słodkiego brata"* Strindberga. Albowiem odejście Nory od Torvalda w finale Domu lalki to małe piwo w porównaniu z wydarzeniami u szwedzkiego rywala Ibsena. Matko Święta, co się tam wyprawia: Tytułowy ojciec zostaje wykończony, dosłownie i w przenośni, przez swoją żonę, która jasno daje mu do zrozumienia, że córka Bertha nie jest wcale jego dzieckiem. W przeciwieństwie do swojej norweskiej koleżanki Laura nie musi sobie nigdzie iść -- to jej mąż zostaje, cóż, wyniesiony.


Ja wiem, że Dom lalki to jeszcze realizm, a Ojciec to już naturalizm, i stąd różnica w podejściu obu bohaterek do matrymonialnego problemu. Zauważmy jednak, że Ibsen, ograniczony pruderią epoki, nie mówi nam, dokąd właściwie Helmerowa się udała. Po lekturze Strindberga wszystko staje się oczywiste. Nora dotarła do Szwecji, spotkała Laurę i obie panie założyły nowoczesną (tj. lesbijską) rodzinę. Właśnie o czymś takim powinien opowiadać nigdy nie napisany sequel.

★★★☆☆☆

__________
* "Słodki brat": Pieszczotliwe określenie, jakim Norwedzy określają swoich sąsiadów zza wschodniej granicy. Dlaczego "słodki", do końca nie wiadomo. Niby Szwedki wygrywają z Norweżkami w plebiscytach urody, ale w takim razie skąd ten "brat"? Tak czy owak, "søta bror" pojawia się już w pierwszej połowie XIX wieku w romantycznej twórczości Wergelanda.