Showing posts with label poezja. Show all posts
Showing posts with label poezja. Show all posts

26/09/2010

(363) Tutaj

Niemało jest zjawisk, które mnie wkurzają. Ludzie tarasujący wąskie przejścia. Sondaże. Zawieszający się flash w przeglądarce. Język niemiecki w środkach komunikacji miejskiej. Deszcz padający przy świecącym słońcu. Skarpety do sandałów. Gryzmolenie po pożyczonych książkach. Życzenia świąteczne wysyłane masowo mailem. Biała poezja.

Swoją niechęć do tej ostatniej sygnalizowałem i uzasadniałem kilka lat temu na starym blogu, potem bezwzględnie obszedłem się tamże z samym Herbertem. Teraz przyszła pora na Szymborską. Za dużo do powiedzenia w zasadzie nie mam, bo większość wierszy zawartych w cienkim, niebieskim tomiku jednoznacznie potwierdza moją tezę. Owszem, trzy-cztery z dziewiętnastu utworów czyta się z niewielką przyjemnością; przy pozostałych musimy natomiast albo niewzruszenie wertować kartki, albo doszukiwać się poetyckiego, metaforycznego sensu tam, gdzie występują tylko projekcje umysłu autorki, nieubrane ani w rym, ani w chwytliwe przenośnie.

Zdumiewa mnie natomiast, ile różnych rzeczy w takich tekstach da się dostrzec będąc pod wpływem magii Nazwiska. Katarzyna Janowska pisze oto o "ujarzmianiu abstrakcji konkretem", o "spojrzeniu na przekór oczywistościom". Jarosław Klejnocki twierdzi, że Szymborska "podąża tu za greckimi filozofami życia, w szczególności zaś za epikurejczykami". Grzegorz Kozera uważa, iż wiersze "spełniają podstawową zasadę wielkiej poezji, jaką jest nieustające zadziwianie czytelnika". Wreszcie Piotr Śliwiński wspomina o "mistrzowskim prześwietlaniu rzeczywistości". Powściągliwość zachowuje jedynie Wojciech Bryda. Notabene, warto porównać jego tekst z pozostałymi czterema pod kątem rzeczowości i ilości pustych-ale-ładnie-brzmiących sformułowań.

Państwo Janowska, Klejnocki, Kozera i Śliwiński mogą mi oczywiście zarzucić ciemnotę umysłową, niewrażliwość na subtelne piękno i nieznajomość tematu. Ja ze smutkiem odpowiem, że nie mogę przeprowadzić eksperymentu, na który od dawna mam ochotę. Doświadczenie polegałoby na spłodzeniu przeze mnie pięciu białych wierszy i wymieszaniu ich z piętnastoma innymi, takimi spod piór znakomitości pokroju Szymborskiej i Herberta. Następnie kilku znawców musiałoby rozpoznać które są które, ale tylko i wyłącznie na podstawie (faktycznych bądź wyimaginowanych) walorów przedstawionych tekstów.

Doświadczenie jest niewykonalne, bo znawcy z definicji znają wszystkie "najwybitniejsze" białe wiersze. Z kolei bez udziału znawców wyniki eksperymentu, gdyby przemawiały na korzyść mojej tezy, dałoby się łatwo podważyć.

Mogę więc tylko stwierdzić ze smutkiem, sam do siebie, sam sobie, w ciszy blogu, w blogu cichym: Biała poezja  tego nie robi się ludziom...

★☆☆☆☆☆

04/08/2010

(360) Zaczarowana dorożka, czyli liryki najpiękniejsze

Uwielbiam poezję Gałczyńskiego. Moja fascynacja nie ma specjalnego znaczenia literaturoznawczego, jako że ekspertem od poezji nie jestem, wiersze czytuję rzadko, i nie potrafiłbym obiektywnie ocenić twórczości Karakuliambra na tle epok(i). Wiem jednak, że specjaliści uważają go za jednego z najwybitniejszych polskich poetów, a taka etykietka, w połączeniu z moim subiektywnym uwielbieniem, to już coś. Tym bardziej, że zazwyczaj przejawy tego uwielbienia nie próbują się wcale dostosować do kanonicznych ocen.

Gdybym posiadał nieograniczoną ilość egzemplarzy Zaczarowanej dorożki, ciskałbym je w twarz wszystkim apologetom białych wierszy. "Popatrzcie tylko", mówiłbym, "popatrzcie, jak powinna wyglądać prawdziwa poezja. Nie wystarczą same zgrabne, przemawiające do wyobraźni, zaskakujące metafory. Trzeba je jeszcze osadzić w zwartej strukturze rymu i rytmu. Tak właśnie odróżni się prawdziwy talent do mowy wiązanej od wstecznictwa i pozoranctwa. Na tym polega przewaga poezji klasycznej nad modernistycznymi pożal-się-Boże eksperymentami. Na tym polega przewaga mojego Gałczyńskiego i wróbelka nad waszym Herbertem i kamykiem". (Okej, akurat Kamyk był zupełnie znośny, ale na przykład cały Herbertowy zbiorek Napis to jedna wielka kpina z czytelnika).

Jednak jako że mam tylko jeden egzemplarz, nie będę nikogo przekonywał na siłę. Prędzej tak.

Najelegantszym zakończeniem powyższej notki byłby sonat pochwalny na część Gałczyńskiego, ale nie dość, że moje umiejętności sonatotwórcze są zastraszająco skromne, to na dodatek obiecałem dawno temu, że na blogu nie będę nikogo torturował radosną twórczością. Kiedyś dopadła mnie jednak wena i przetłumaczyłem na angielski mój ulubiony utwór KIG-a. Co prawda jest niedługi i wyjątkowo pozbawiony rymów, ale i tak Borysowy przekład jest lepszy od "oficjalnego". Każdy przyzwoity człowiek może przecież sam porównać obie wersje.

★★★★★★